RSS
niedziela, 21 października 2012

 

Od dzisiaj nasz blog będzie dostępny na nowej platformie pod autorskim adresem:

www.areyouwatchingclosely.pl

Zapraszamy serdecznie!

Mr.Sobol & Mr.Pudzian

16:58, mr.sobol
Link
sobota, 04 sierpnia 2012
piątek, 03 sierpnia 2012

 

21:01, mr.sobol
Link
wtorek, 31 lipca 2012

11 dni największego w Polsce święta kina dobiegło końca. W niedzielny wieczór Roman Gutek oficjalnie zamknął 12stą edycję Nowych Horyzontów. Nieoficjalnie wszystko potrwało trochę dłużej dzięki pożegnalnej imprezie w Arsenale.

Spróbujemy w prostych słowach nakreślić Wam jak wypadła tegoroczna edycja i co z niej zapamiętaliśmy, a także to, o czym chcielibyśmy zapomnieć.

Podział ról był w tym roku taki, że:

- Sobol pomagał przy organizacji festiwalu, spędzając pół dnia przy pracy, a drugie pół w salach kinowych. Miałem więc okazję podpatrzeć trochę jak wygląda festiwal od kuchni, a przy okazji zobaczyć około 25 filmów nic za to nie płacąc

- Pudzian brał udział w festiwalu jako karnetowicz, czyli mógł bez żadnych ograniczeń spędzać czas od rana do wieczora na projekcjach filmów

Te dwie różne perspektywy pomogły Nam w szerszej perspektywie przyjrzeć się z bliska festiwalowi.

Zacznijmy od tego, że atmosfera w tym roku bardzo dopisała. Tłumy ludzi, projekcje od wczesnego rana do północy, moc atrakcji w klubie festiwalowym, nocne pokazy filmów na rynku, to wszystko przyczyniło się do stworzenia atmosfery tymczasowej wspólnoty, która żyła jakby niezależnie od życia samego miasta. Pomógł w tym fakt, że festiwal na te 11 dni na wyłączność przejrzał całe kino Helios, część Multikina w Arkadach, cały Teatr Lalek oraz wrocławski plac Solny oraz znaczną część rynku. Nie zapominając o klubie Arsenał, który służył jako centrum dyskusyjno-piwne w przerwach między projekcjami. 

Gwoli reporterskiej dokładności warto odnieść się też w kilku słowach do filmu zamknięcia - słabiutkiego "W drodze" Waltera Sallesa. Dziwny to wybór, kiedy pamięta się jak mocne propozycje festiwal otwierały. Tymczasem Salles prezentuje film niekonsekwentny, ni to ambitny, ni to komercyjny, przez to chaotyczny i przeraźliwie nudny. A przy okazji koszmarnie zagrany. Generalnie 3/10 to chyba i tak za dużo.

Mimo tego, i jeszcze kilku małych rozczarowań ("Oburzeni", "Za wzgórzami", nowy film Guya Maddina), festiwal trzeba uznać za bardzo udany. Wręcz zaskakująco dobry, kiedy przypomnimy sobie jak anonimowo brzmiały nazwiska bohaterów retrospektyw, jak słabo wyglądały inne pozycje programowe. Jednak to co na pierwszy rzut oka wydawało się być nieszczególnie atrakcyjne, z dnia na dzień zaskakiwało coraz bardziej pozytywnie. Nazwiska Dusana Makaveyeva, Ulricha Seidla, odkrycie na nowo Michaela Haneke, kolejne dowody znakomitej jakości niezależnego kina amerykańskiego - to chyba najważniejsze wydarzenia 12. Nowych Horyzontów. Potwierdza się też teza, że ciężko na festiwalu znaleźć filmy wyjątkowo przeciętne. Urok nowohoryzontowego półtora tygodnia to raczej wielkie, pozytywne niespodzianki i olbrzymie triumfy przeplatane z tragedią, koszmarem i żenadą. Niemniej nie uznaję tego za nic wielce negatywne. Taki to urok wrocławskiego festiwalu, gdzie filmy są albo wyjątkowo dobre, albo wyjątkowo złe. Zawsze jednak zapadające w pamięć.

Propozycje naszych osobistych ponowohoryzontowych wyróżnień:

Najlepszy film (bezapelacyjnie i jednogłośnie): "Miłość" w reżyserii Michaela Haneke - zdecydowanie jeden z najlepszych europejskich filmów ostatnich kilku lat

Najgorszy film (tutaj zdania podzielone): Pudzian - "Alpy", Sobol - 'Człowiek pogryzł psa'

Największa niespodzianka: Pudzian & Sobol - "Czarnogóra czyli perły i wieprze" z retrospektywy Dusana Makaveyeva

Największe rozczarowanie - Pudzian & Sobol - 'Za wzgórzami' Cristiana Mungiu

Najlepszy mockument: Sobol - 'Zapomniane srebro' 

Najgorszy mockument: Sobol - 'Człowiek pogryzł psa', 'Pierwsi na księżycu' (też Pudzian)

Najbardziej 'otwierający horyzonty myślowe film': Sobol - 'Sweet Movie' Dusana Makavejeva

Pudzian - 'Droga na drugą stronę'

Szczególne wyróżnienia: Sobol - 'Holy Motors', 'Raj:Miłość', 'Legenda Kaspara Hausera' 

Pudzian - 'Bestie z południowych krain', 'Droga na drugą stronę', 'Nadzór'

17:04, mr.sobol
Link
sobota, 28 lipca 2012

26.07 - dzień ósmy

"Pewnego razu w Anatolii"

Bardzo interesująca propozycja turecka. Niby prosta konstrukcja fabularna - kryminał - jednak mocno podszyta dodatkowymi emocjami. Świetnie wyreżyserowany, długi film z rewelacyjnie grającymi tureckimi aktorami. Warto przeczekać te 2,5 h, gdyż na koniec czeka na nas pełen dwuznaczności i silnych emocji finał. Znakomita propozycja mistrza Nuli Birge Ceylana. Świetne zdjęcia. 8,5/10

"Code Blue"

Drugie podejście do nowe filmu Urszuli Antoniak. Obraz nie robi już tak wielkiego, szokującego wrażenie jak za pierwszym razem, głównie ze względu na możliwość przygotowania sie na chwilami naprawdę mocny finał. Niemniej wciąż jest to kino niezwykle dobrze wykoncypowane, świetne formalnie i kapitalnie zagrane. A przy tym poruszające. 8/10

"Nadzór"

Rewelacja! Jeden z najlepszych polskich filmów czasów PRLu jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się widzieć. Historia Klary, więźniarki skazanej na dożywocie za malwersacje finansowe, która w czasie pobytu w zakładzie karny rodzi dziecko. Kapitalne kino z palety mistrza Wiesława Saniewskiego. Kilka interesujących historii innych osadzonych, które nie tylko dobrze się ogląda, ale nie pozostaje się absolutnie obojętnym na ich los. Opowieściom udaje się mocniej zaistnieć na ekranie głównie dzięki powalającemu na kolana aktorstwu bodaj wszystkich kobiecych gwiazd naszego kina lat 80. (poza Krystyną Jandą). Genialne role Ewy Błaszczyk, Grażyny Szapołowskiej, Ewy Szykulskiej, Ewy Dałkowskiej czy Gabrieli Kownackiej. 9/10

27.07 - dzień dziewiąty

"Oburzeni"

Przy całym szacunku dla poglądów, które przekazuje film Tony'ego Gatlifa, przy całym szacunku też dla pomysłu pokazania ruchu oburzonych z punktu widzenia młodej imigrantki - jednak kompromitacja! Film kompletnie chaotyczny, pozbawiony jakiegokolwiek ładu formalnego, wypełniony frazesami. Niczego się nie można z niego dowiedzieć o ruchu oburzonych, może poza tym, że są to ludzie bawiący się na swoich manifestacjach. Bardziej film o dziewczynce, która chodzi po ulicach szukając lepszego jutra, którego w Europie kryzysu nie ma szans znaleźć. 2/10

na zdjęciu: Ewa Błaszczyk w filmie "Nadzór" Wiesława Saniewskiego

02:34, mr.pudzian
Link Komentarze (1) »
czwartek, 26 lipca 2012

25.07 - dzień siódmy

"Jesteś Bogiem"

Długo oczekiwana, znakomita biografia słynnego Magika, twórcy legendy Paktofoniki, który w wieku 22 lat popełnił samobójstwo. Jeden z najlepiej wyreżyserowanych polskich filmów ostatnich lat. Leszek Dawid, twórca zeszłorocznego "Ki", odcisnął na nim swoje bardzo wyraźne piętno. Dzięki jego niezwykle sprawnej reżyserii film ogląda się znakomicie, jest on intrygujący i poruszający. Przy okazji widać naprawdę bardzo ciekawy zmysł wizualny reżysera, świeże podejście do pokazywania obrazu. Dobre kreacje aktorskie (w szczególności Tomasza Schuchardta i kradnącego film Arkadiusza Jakubika) spinają "Jesteś Bogiem" w jedną, absolutnie satysfakcjonującą całość. 9/10

"Czarnogóra czyli perły i wieprze"

Drugie podejście do retrospektywy Dusana Makaveyeva, tym razem udane. Najlepsza komedia festiwalu. Humor filmu oparty jest na świetne uchwyconym konflikcie kulturowym. Makaveyev z niesamowitą inteligencją gra stereotypami. Udaje mu się także położyć duży nacisk na humor sytuacyjny. Niby chaos, ale pozytywnie szalony, brawurowo wyreżyserowany i zagrany! 9,5/10

"W sypialni"

Skromny debiut Tomasza Wasilewskiego. Historia miłosna? Wydaje się, że tak. Typowa? Zdecydowanie nie. Wasilewski pokazuje niezwykle złożony portret kobiety, która umawia się z mężczyznami przez internet, po czym ich usypia i okrada. Coś jednak sprawia, że od jednego nie potrafi się uwolnić. Rewelacyjne aktorstwo Katarzyny Herman i Tomasza Tyndyka w bardzo stonowanym, niespiesznym, ale mocno satysfakcjonującym dramacie. 8/10

"Oto Spinal Tap"

Klasyka mockumentu. Zgrywa w najlepszym wydaniu. Film opowiadający historię fikcyjnej grupy Spinal Tap. Rewelacyjny humor, wiele żartów na poziomie bardzo mocnego absurdu. I chyba głównie on świadczy o tym, że mamy do czynienia z mockumentem. Gdyby nie to można byłoby spokojnie mówić o świetnie skonstruowanym dokumencie. 7,5/10

na zdjęciu: Arkadiusz Jakubik, Marcin Kowalczyk i Tomasz Schuchardt w filmie "Jesteś Bogiem"

11:30, mr.pudzian
Link
środa, 25 lipca 2012

24.07 - dzień szósty

"Ambasador"

Wielce oczekiwany dokument (czy może mockument?) Madsa Brueggera o tym, jak udało mu się zostać konsulem Liberii w Republice Środkowoafrykańskiej. Właśnie ta zagadka, jak dużo z tego filmu jest prawdą, a jak dużo tylko inscenizacją, jest jego atutem największym. Dodatkowo pokazuje on znane dość mechanizmy korupcyjne w najbiedniejszych krajach świata. Jednak nikt tego nie pokazał nigdy w takiej ostrości, jednocześnie z humorem. Pan Gilbert i Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego wyglądający jak sprzedawca ogórków (Panie świeć nad jego duszą!) made my day! 7,5/10

"Droga na drugą stronę"

Rewelacja! Jeden z najlepszych polskich (oczywiście w koprodukcji rumuńskiej) filmów zeszłego roku! Genialna, mozaikowa, kolażowa animacja opowiadająca historię niesłusznie aresztowanego obywatela Rumunii, który zmarł w polskim areszcie po długotrwałym strajku głodowym. Podana w niezwykle piękny, wysmakowany, świetnie udźwiękowiony sposób miażdżąca krytyka polskiego wymiaru sprawiedliwości, czy wymiaru sprawiedliwości generalnie. Na bardziej uniwersalnym polu z kolei przeciwstawienie się pewnego narastającemu w nas automatyzmowi działania, odejścia od humanizmu. Świetna narracja Macieja Stuhra. 9,5/10

"Alpy"

Sinusoida trwa, po najlepszym filmie dnia, najgorszy film całego festiwalu. Kretyńsko pomyślana opowieść o ludziach, którzy mają na życzenie rodzin wchodzić w role jej zmarłych członków. Kompromitująca egzekucja już wystarczająco poronionego pomysłu. Film, na który przechodzi się ze stanu zwątpienia, przez stan śmiania się do rozpuku, aż do momentu, kiedy chce się walić głową w ścianę. Straszne! 1/10

"Holy Motors"

Niezwykle udany eksperyment formalny. Przepięknie wyglądający, świetnie wyreżyserowany film, którego fabułę bardzo trudno opowiedzieć. Nie jest to jednak takie ważne w kontekście tak znakomitej pracy reżysera i głównego, przechodzącego samego siebie aktora, Denisa Lavanta. Jeden z najprzyjemniejszych, a przy tym najmniej zrozumiałych seansów tego festiwalu. Świetne epizody Evy Mendes (raczej niemy, ale za to wątek stworzony wokół jej postaci rewelacja) i Kyle Minogue. 9/10

na zdjęciu: kadr z "Drogi na drugą stronę" Anci Damian

00:37, mr.pudzian
Link
wtorek, 24 lipca 2012

23.07 - dzień piąty sponsorowany przez słowo "nierówność"

"Siostra Twojej siostry"

Jeden z najlepszych filmów na festiwalu. Znakomity komediodramat amerykański spod ręki gwiazdy kina niezależnego USA Lynn Shelton. Prosta historia spotkania dwóch sióstr i jednego mężczyzny, z którego nie może wyjść nic poza sporym zamieszaniem. Rewelacyjnie napisana, w gruncie rzeczy mocno schematyczna opowieść. Korzystająca jednak z napotkanych schematów w pełni i wykorzystująca je na nowo. Przy tym też wspaniale zagrana przez Emily Blunt, Marka Duplassa i najlepszą z trójki, znaną z "Rachel wychodzi za mąż", Rosemarie DeWitt. Niegłupie, ciepłe, pokrzepiające kino. 9/10

"Laurence na zawsze"

Trzeci film wielce utalentowanego kanadyjskiego młodziana Xaviera Dolana. Trwająca 2 godziny i 40 minut opowieść o Laurencie, który w wieku 35 lat postanawia zmienić płeć świadczy najlepiej o reżyserskiej sprawności Dolana. Film nie nudzi, ogląda się go z dość dużą satysfakcją, głównie dzięki możliwości podziwiania wybitnie estetycznego stylu wizualnego reżysera, na który składają kostiumy, scenografia i genialnie dobrana muzyka. Niestety historia rozgrywa się na poziomie emocjonalnym telenoweli, a motywacje (niektórych znakomicie zagranych) bohaterów pozostają głupie i nieprawdziwe. Niemniej za sprawność 6,5/10

"Człowiek nie jest ptakiem"

Pochodzący z 1965 roku debiut bohatera retrospektywy na tegorocznym festiwalu - Dusana Makaveyeva. Niestety fabularnie film bardzo rozczarowujący, niespójny, z pourywanymi wątkami, chwilami wizualnie bardzo męczący. Świetnie pokazana socrealistyczna sceneria Jugosławii. Ale to trochę za mało. 3,5/10

na zdjęciu: Emily Blunt, Rosemarie DeWitt i Mark Duplass z filmu "Siostra twojej siostry"

 

00:45, mr.pudzian
Link
poniedziałek, 23 lipca 2012

22.07 - dzień czwarty sponsorowany przez słowo "rozczarowanie"

"Cztery słońca"

Czeskie kino w niestety przeciętnym wydaniu tym razem. Zaskakuje to tym bardziej, że poprzednie filmy Bohdana Slamy - "Dzikie pszczoły", "Szczęście" i "Mój nauczyciel" - były filmami znakomitymi. Tym razem jednak Slama nie za bardzo wie, co dokładnie chce nam pokazać. Wynikają z tego duże zmiany tonacji w filmie, które nie do końca pozwalają zaangażować się w ciekawą historię przeżywającej duży kryzys rodziny. Szczególnie wątek z samozwańczym mesjaszem jest tutaj bardzo nieudany. Reszta jednak bardzo dobra, z rewelacyjną rolą Anny Geislerovej na czele. 7/10

"Dziurka od klucza"

Jak na razie drugie pod względem znaczenia rozczarowanie festiwalu. Przy całej mojej miłości do niesamowite autorskiego kina Guya Maddina (inni pewnie by powiedzieli dziwactw tego reżysera), jego najnowszy film zawodzi, chwilami na całej linii. Znowu czerń i biel, znowu niemal hipnotyzujący klimat, znowu bardzo swobodne operowanie formą i fabułą. Coś jednak tutaj nie zagrało, chaos przezwyciężył precyzję realizacyjną, zabrakło koncentracji i chyba co najważniejsze z góry upatrzonego konceptu. Na otarcie łez znakomita rola Jasona Patrica. 5/10

"Za wzgórzami"

Bezapelacyjnie największy jak dotąd zawód. Drugi, po fenomenalnym debiucie "4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni", film Cristiana Mungiu, nagrodzony w tym roku w Cannes nagrodą za scenariusz. Film przeraźliwie wręcz długi (2 i pół godziny), w którym absolutnie nic się nie dzieje. Historia życia klasztoru po przybyciu dziewczyny z zewnątrz jest niestety do bólu przewidywalna, mało odkrywcza, podana zupełnie bez tempa. Przy tym reżyser wpada w dwie skrajności - ostry realizm zderza z kiczowatym, przerysowanym zachowaniem zakonnic. Ciężko o bardziej karkołomne połączenie, któremu Mungiu nie sprostał. Ratują film świetne role aktorskie w gruncie rzeczy całej obsady. Poza tym nuda! Ocena wręcz za wysoka, jednak za mocno w pamięci zapada jego poprzedni film, żeby dać niżej 5/10

"Pierwsi w kosmosie"

Koszmar!!! Katastrofa!!! Film zaczynający się od trzech dobrych żartów, później jednak przez 75 minut (dzięki Bogu, że tylko tyle!!!) nie mówiący dokładnie o niczym. Miał to być ponoć mockument o radzickim programie podboju kosmosu z lat 30. Wyszło wprost niesamowicie źle! 1/10

Na otarcie łez - na zdjęciu najlepszy film festiwalu jak dotąd "Miłość" i jej gwiazda Jean-Louis Trintingant :)

01:02, mr.pudzian
Link
niedziela, 22 lipca 2012

19.07. - dzień pierwszy OTWARCIE

"Bestie z południowych krain"

Znakomity przykład wciąż w Polsce niezbyt znanego amerykańskiego kina niezależnego. Historia relacji ojca z córką w konwencji na styku realizmu magicznego i trudnego dramatu społecznego. Z pozoru karkołomna konstrukcja działa dzięki wręcz hipnotycznej oprawie muzyczno-zdjęciowej, kapitalnemu aktorstwu pary głównych aktorów i opowieści, która rozczula, chwyta za serce swoją prawdziwością. 9.5/10

20.07 - dzień drugi

"F jak fałszerstwo"

Mockument z początku lat 70. w reżyserii Orsona Wellesa, słynnego twórcy "Obywatela Kane'a". Welles stara się uchwycić w swoim filmie postaci dwóch słynnych oszustów dwudziestego wieku - fałszerza obrazów Elmyra de Hory oraz Clifforda Irvinga, autora fałszywej biografii Howarda Hughesa. Dodatkowo stara się sprowadzić widzów na manowce wprowadzając wątki związane z własną osobą. Niestety brak w tym wszystkim koncentracji na jednym temacie, stąd wątki nieco się rozpadają. Niemniej popis sprawności montażowej i reżyserskiej Wellesa. 6/10

"Zabawa w wojnę"

Nagrodzony Oskarem, fenomenalny mockument BBC ukazujący fikcyjny atak jądrowy Związku Radzieckiego na Wielką Brytanię w latach 60-tych XX wieku. Realizm porażający, dbałość o szczegóły niesamowita. Klasyka gatunku, która doprowadza widza chwilami do zwątpienia, czy nie przespał kilku ważniejszych lekcji z historii poprzedniego stulecia. 9/10

"Rewolucja"

Najgorszy z dotychczasowych filmów, które obejrzałem. Przeintelektualizowany gniot, 11 etiud ponoć związanych z rewolucją meksykańską. Jak związanych? Wiedza chyba jedynie ich twórcy! Fabularne słabizna, formalnie chwilami błysk, częściej jednak (jak w przypadku etiudy bohatera retrospektywy Carlosa Reygadasa) chaos i kicz. Brawa jedynie dla Rodrigo Garcii za bezkompromisowość i udaną etiudę z panią z supermarketu. 2/10

"Continuity"

Film niemożliwy do opowiedzenia. Narkotyczna wizja uwielbianego przeze mnie Phillipe'a Morę, który stara się zdobyć dowód na istnienie Boga. Robi to w znany sobie sposób - kompletnie bez formalnego przygotowania czy scenariusza, za to z wielką pasją i humorem. Niestety jak na niego dość ubogim, szczególnie jak na tak długi film. 5.5/10

"Legenda Kaspara Hausera"

Dziwadło. Technowestern opowiadający historię chłopca (nota bene granego przez dziewczynę), który ma mieć ponoć jakieś ważne zadanie do wypełnienia. Dla mnie to zagrało. Brawa za bezkompromisowość w podejściu, konsekwencję, solidny dobór muzyki i Vincenta Gallo. Kilka dialogów perełka. 7.5/10

21.07 - dzień trzeci

 "Pokój 237"

Próba rozłożenia na czynniki pierwsze "Lśnienia" Stanleya Kubricka. Genialnie zabawny film, próba jednak nieprzekonująca, gdyż teorie wygłaszane przez kolejnych "ekspertów" pozostają nie tylko niewiarygodne, ale chwilami wręcz wskazują na działanie środków odurzających. Niemniej ciekawostka, bardzo dobrze skonstruowana, zabawna, lekka i łatwa. 7/10

"Wrong"

Surrealistyczna komedia o człowieku, który zgubił psa. Kto go ma? Nie wiadomo, choć można odnieść wrażenie, że wszyscy wokół coś o tym wiedzą. Żadna z postaci czy scenerii, w których pojawia się główny bohater, nie jest tutaj normalna. Działa to świetnie, gdyż widz wyje ze śmiechu przez większą część seansu, a przecież o to chodzi w komedii. Plus za świetny epizod znanego z "Prison Break" Williama Fitchnera. 8/10

"Miłość"

ARCYDZIEŁO! Najlepszy z filmów Michaela Haneke jaki zdarzyło mi się zobaczyć. Film niemal bez jednej słabszej sceny. Niesamowicie przeszywająca do głębi wizja małżeństwa, na którym ciąży próba nie do przezwyciężenia - choroba jednego z małżonków. Oboje zdają sobie z tego sprawę. Jednak ich miłość do drugiej osoby, nie pozwala tego przyznać i walczą. Głos Haneke w dyskusji o prawie do godnej śmierci. Dramat rozpisany na dwie postaci odegrane w sposób wręcz powalający na kolana przez weteranów Jean-Louis Trintignanta i Emmanuelle Rivę wspomaganych dzielnie na drugim planie przez Isabelle Huppert. Rewelacja!!! 10/10

 

01:58, mr.pudzian
Link
środa, 18 lipca 2012

Ten film miał trzy podstawowe rzeczy, które uniemożliwiały jego sukces: słabego ostatnio Stevena Soderbergha na reżyserskim stołku, drewnianych aktorów przed kamerą i historię o striptizerach za temat. Tym większe zaskoczenie, że "Magic Mike" tak dobrze się udał.

Nie oczekujmy od filmu Soderbergha fabularnych fajerwerków. Historia jest raczej sztampowa, choć trzeba przyznać, że filmów dobrze dokumentujących życie striptizerów nie było w przeszłości wiele, jeśli w ogóle były jakiekolwiek. Niemniej w "Magic Mike'u" udało się wykorzystać wszystkie atuty, a wady zamienić w pozytywy. Opowieść o striptizerach ma więc swój niekłamany urok, a przy okazji zawiera kilka bystrych uniwersalnych spostrzeżeń o swoistej zaściankowości, dziwnej pewności siebie miejscowych biznesmenów, którzy myślą, że jak wypłyną na szersze wody, to życie stoi przed nimi otworem. Jest też to prawdziwa historia miłosna, choć wątek ten kuleje ze względu na słabiutkie aktorstwo Cody Horn w roli Brooke, główniej w tym filmie postaci kobiecej. W słabszych momentach Soderbergh potrafi jednak wytworzyć na ekranie tak dużą kumulację energii, że szybko zapomina się o niedociągnięciach obrazu. "Magic Mike" zyskuje właśnie głównie dzięki znakomitej reżyserii Stevena Soderbergha, któremu dawno tak dobrze nie podpasował materiał wyjściowy. Udało mu się w końcu mocno zaangażować w opowiadaną historię. Dzięki temu film nie jest wyzuty z emocji, jak na przykład jego poprzedni "Contagion". Co więcej udało mu się także idealnie dopracować stronę wizualną filmu, w tym przezabawne, kompletnie autentyczne, bo wręcz żenująco słabo tańczone pokazy taneczne striptizerów. Sukces filmu to jednak także zasługa trójki świetnie grających aktorów. Prym wiedzie tutaj Channing Tatum w najlepszej ze swych dotychczasowych kreacji. Tatum pokazuje jak bardzo dojrzał jako aktor, tworząc pełnowymiarową postać Mike'a, jak na ten zawód już wiekowo dojrzałego mężczyzny, który szuka dla siebie nowej drogi. Solidnie partneruje mu Alex Pettyfer w roli zagubionego Adam. Gwiazdą jest jednak Matthew McConaughey, który chyba nigdy nie był lepszy, niż w roli Dallasa, właściciela strip clubu, człowieka bezwzględnego, dwulicowego, chwilami wręcz groźnego. Świetna rola! Zdarzają się w "Magic Mike'u" chwilę nudnawe, pozbawione energii. Zakończenie także pozostawia wiele do życzenia. Niemniej film, poza świetną reżyserią i brawurowym aktorstwem, zyskuje tematem, do którego twórcy podeszli na serio, tworząc tyleż nieco przerysowany, co wiarygodny obraz życia striptizerów, pełnego prostych uciech, ale też negatywnego postrzegania samego siebie.

Zaskakujący sukces filmu w USA nie powinien dziwić. "Magić Mike" to wszak niegłupia rozrywka, z kilkoma inteligentnymi prawdami do przekazania. Najlepszy film Stevena Soderbergha od czasu "Erin Brockovich". 8/10

04:10, mr.pudzian
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 lipca 2012

Jeśli ktoś jeszcze pamięta filmy o przygodach Spider-Mana autorstwa Sama Raimiego, w której głównie role grali Tobey Maguire i Kirsten Dunst, niech czym prędzej o nich zapomni. Nadchodzi nowy "Niesamowity Spider-Man" i z impetem godnym pociągu TGV odsyła tamte do lamusa historii!

Historia jest podobna jak w pierwszej odsłonie z roku 2002. Peter Parker (w tej roli znany z "The Social Network" Andrew Garfield) wciąż jest nerdem (tym razem jednak jeżdżącym na deskorolce), znowu zostaje ukąszony przez radioaktywnego pająka, po raz kolejny ginie mu wujek (dawno niewidziany, rewelacyjny Martin Sheen) Chłopak postanawia więc wykorzystać nowo nabyte zdolności, żeby zemścić się na mordercy. Tymczasem po Nowym Jorku zaczyna grasować daleko bardziej groźny przeciwnik. Na tym jednak wszelkie podobieństwa do filmu Raimiego się kończą, gdyż każdy, podkreślam każdy!, możliwy element tego filmu bije na głowę oryginał. Marc Webb, niezbyt doświadczony w tego typu produkcjach, odnalazł się w niej wręcz wyśmienicie. Nie tylko udało mu się idealne zbalansować elementy akcji (które chwilami są zrealizowane naprawdę imponująco) z chwilami nieco bardziej spokojnymi, w których udaje się nakreślić wreszcie bogatszy rys psychologiczny bohaterów. Film bez względu na okoliczności ogląda się wręcz rewelacyjnie, nie nudzi ani przez sekundę, a końcówka wciska w fotel. Co najważniejsze Webb nie tylko udowadnia, że ma całkiem dobre oko do dynamicznych ujęć, ale też kapitalnie pracuje z aktorami. Każdy z nich, poczynając od genialnie obsadzonego Andrew Garfielda, dostaje swoje pięć minut i wykorzystuje je w pełni. Garfield, różniący się wszystkim od nudnego, ślamazarnego Tobeya Maguire, odbiera mu bezapelacyjnie palmę pierwszeństwa w wyścigu o Petera Parkera. Jego Peter jest uroczo nieśmiały, dowcipny, szalenie inteligentny i w końcu odważny. Partnerująca Garfieldowi Emma Stone, grająca wybrankę głównego bohatera, po raz kolejny udowadnia, że potrafi zagrać wszystko. Jej kreacja w roli Gwen jest brawurowa! Właściwie jedyny maleńki problem jest w tym filmie z bohaterem negatywnym, a bardziej z wizerunkiem w który się on przeistacza. Tutaj efekty specjalnie nie są najbardziej efektowne, czy kreatywne. Braki te nadrabia jednak fantastyczny Rhys Ifans, który idealnie pokazuje przemianę dr Connorsa, z idealistycznego naukowca w potwora czującego, że tylko on wie co dla ludzkości "dobre". Na drugim planie błyszczą weterani - wspomniany Sheen, grająca ciotkę May Sally Field i świetny aktor telewizyjny Denis Leary, który odgrywa postać na kształt komisarza Gordona z serii o Batmanie. Poza świetną dynamiką akcji, dobrze nakreślonymi postaciami, "Niesamowity Spider-Man" ma jeszcze jedną niekłamaną zaletę - swoisty realizacyjny luz objawiający się niewysilonym humorem, dystansem, a kiedy trzeba dobrze odmierzonym patosem, który idealnie oddaje muzyka Jamesa Hornera.

Najlepszy film wytwórni Marvel od czasów drugiego..."Spider-Mana", jeśli nie w ogóle najlepsza produkcja tej stajni. Film duetu Marc Webb-Andrew Garfield może stać się dla serii tym, czym dla filmów o Batmanie było wejście Christophera Nolana. Panowie Raimi i Maguire mogą się schować! 9/10

01:17, mr.pudzian
Link
wtorek, 12 czerwca 2012

 

Cóż za niespodzianka! Po fatalnej drugiej odsłonie, "Faceci w czerni" powracają filmem, który długimi momentami dorównuje oryginałowi.

Agent J (jak zwykle świetny Will Smith) musi tym razem uratować nie tylko świat przed inwazją obcych, ale także swojego najlepszego przyjaciela i partnera K (Tommy Lee Jones), któremu zagraża odwieczny przeciwnik Borys Bestia (zupełnie nierozpoznawalny Jemaine Clement, znany z "Flight of the Conchords"). Aby go powstrzymać musi przenieść się w końcówkę lat 60. W czasie swoje podróży w czasie poznaje młodego K (Josh Brolin).

Siłą pierwszej części "Facetów w czerni" na pewno nie były rozwiązania fabularne, które proste, nie obrażały jednak inteligencji widza. Słabością drugiej z kolei był brak jakiejkolwiek interesującej fabuły. Na szczęście w "Facetach w czerni 3" Barry Sonnenfeld i jego scenarzysta Etan Cohen wracają na dobre tory opowiadania historii. Przede wszystkim jednak akcentują najbardziej istotne zalety oryginału - świetne dialogi, interesujące efekty specjalne, solidne sceny akcji i wręcz niesamowitą chemię, która zaistniała między Tommy Lee Jonesem a Willem Smithem. W tej odsłonie dostajemy to wszystko, a nawet więcej bo do stałej ekipy dołącza Josh Brolin. I to jak! Brolin udowadnia swój niesamowity talent do imitowania innych osób, łącząc go ze świetnym timingiem komediowym i umiejętnością pozostawania poważnym w odpowiednich momentach. Jego kreacja to prawdziwy klejnot, nie tylko impresja na temat aktorstwa Tommy'ego Lee Jonesa, ale zbudowanie postaci na swoich własnych warunkach. Poza Brolinem świetne epizody zaliczają Clement, przezabawny Michael Stuhlbarg jako przybysz z innej planety Griffin i jak zwykle znakomita Emma Thompson. Na dokładkę udało się Sonnenfeldowi z wielkim poczuciem humoru odtworzyć i wystylizować końcówkę lat 60. w USA, co widać w sekwencjach w The Factory Andy Warhola czy podczas wylotu Neila Armstronga na księżyc.

Olbrzymie zaskoczenie niosą najnowsi "Faceci w czerni". Nie jest to oczywiście film zbyt oryginalny. Niemniej twórcy potrafili uwypuklić atuty trylogii, zostawiając za sobą jej słabości. Dostaliśmy dzięki temu w świetnym tempie zrealizowaną i bardzo dobrze zagraną rozrywkę. Czegóż chcieć więcej? 8,5/10

13:28, mr.pudzian
Link
niedziela, 10 czerwca 2012

Krótko i na temat: debiut reżyserski Ralpha Fiennesa, adaptacja jednej z mniej znanych sztuk Williama Szekspira "Koriolan", niesie za sobą kilka podstawowych spostrzeżeń:

1. Przed Fiennesem być może całkiem przyzwoita kariera reżyserska. Pod warunkiem jednak, że będzie potrafił co nieco wzmocnić emocjonalny przekaz, a nie tylko nastawiać się na treść.

2. Jednak da się zaadaptować sztukę Szekpira na współczesność bez większych zgrzytów, za to z zachowaniem niekiedy bardzo uniwersalnych myśli wielkiego dramaturga.

3. Nawet jak nie do końca idzie z fabułą, mając znakomitą obsadę można zrobić wiele. Taką miał Fiennes i dzięki temu dostaliśmy chwilami naprawdę niebywały koncert, którym dyryguje niezwykle sprawną ręką sam reżyser, a pierwsze skrzypce grają Gerald Butler, Brian Cox, a w szczególności niesamowita, kradnąca cały film Vanessa Redgrave.

4. Zdaje się, że bogactwo dzieł Szekspira to studnia bez dna. Może warto więc zacząć sięgać po jego mniej ograne tytuły, zamiast po raz 14sty adaptować "Makbeta" czy "Romeo i Julię"?

"Koriolan" 7/10

20:16, mr.pudzian
Link
czwartek, 07 czerwca 2012

Po lekkim, niesłychanie udanym pierwszym podejściu do historii Królewny Śnieżki, przyszedł czas na drugi, tym razem o wiele bardziej mroczny film. Niestety zamiast solidnej adaptacji opowiadania braci Grimm, dostaliśmy coś w stylu kolejnej części „Zmierzchu” z nieco tylko zmienioną obsadą, grającą jednak na podobnym poziomie.

Przy analizie „Królewny Śnieżki i Łowcy” Ruperta Sandersa warto zacząć od pozytywów, gdyż jest ich jak na lekarstwo. Film wygląda chwilami naprawdę przepięknie. Widać dobre oko reżysera i całkiem jego sporą wyobraźnie. Widać też niestety jak bardzo Sanders nie potrafi opowiadać filmu swoim językiem, co skutkuje straszliwą ilością nieszczególnie udanych nawiązań do „Władcy Pierścieni” czy serii o „Harrym Potterze”. Generalnie jednak, mimo małej oryginalności, strona wizualna filmu broni się. Tak samo jak grający łowcę Chris Hemsworth, który być może chwilami nieco zbyt mocno przerysowuje swój akcent, ale najważniejsze że udaje mu się stworzyć jedynego w tym filmie pełnokrwistego bohatera. Niestety reszta w żaden sposób nie jest w stanie dotrzymać mu kroki. Jak w przypadku Kristen Stewart nie można było się spodziewać zbyt dużo (do swojego typowego wyrazu twarzy rodzącego orangutana dołożyła jeszcze kompletnie niewiarygodny brytyjski akcent), tak wiele rozczarowanie czeka fanów Charlize Theron. Zdobywczyni Oskara mając w ręku zdecydowanie najciekawszy materiał nie potrafi w żaden sposób uwiarygodnić postaci złej Królowej Ravenny. Jedyną jej receptą na tę postać jest wypowiadanie kolejnych, dodajmy nierewelacyjnie napisanych, kwestii w wielkim, chwilami szokującym spowolnieniu – jakby nagrano je na magnetofonie i zacięła się kaseta. Szkoda, bo scenarzyści starali się nadać postaci nieco bardziej niejednoznaczny rys. Niestety Theron, walcząca z ewidentnie trudnym dla niej akcentem, sposobności na taką kreację nie wykorzystała, przegrywając z kretesem pojedynek z Julią Roberts. Zresztą we właściwie żadnym elemencie porównanie ze „Snieżką” Tarsema Singha nie może dla „Królewny Śnieżki i Łowcy” wypaść pozytywnie. Kontrast widać w tempie, stylu opowiadania historii, który u Sandersa opiera się na całkowicie i ostatecznie nieznośnym patosie. W końcu widać go też rozwiązaniach fabularnych, które w tamtym filmie były zabawne i lekkie, w tym zaś ciężko nie nazwać ich idiotycznymi (jak sceny z początku filmu, gdzie Śnieżka ucieka galopem, czy z końcówki gdy [uwaga spojler!] wstaje z martwych).

Film Ruperta Sandersa, znanego dotychczas z produkcji reklamówek, to zaskakująco duże rozczarowanie. Winą za to można obarczyć właściwie wszystkich zaangażowanych po trochu. Widać, że jednak dwa filmy o Śnieżce w jednym roku to za dużo. 3,5/10



17:20, mr.pudzian
Link
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Skopiuj CSS