Już zeszłoroczny „Dear John” nieco nadszarpnął moją miłością do wielkiego Lasse Hallstroma. Wtedy jednak obarczyłem za to winą głównie bardzo słaby materiał wyjściowy, jakim była nie różniąca się kompletnie niczym od poprzednich wypocin autora powieść Nicholasa Sparksa. Niestety tym razem z wydaje się materiału uszytego na miarę, także Hallstromowi nie udało się stworzyć satysfakcjonującego film. „Połów szczęścia w Jemenie” rozczarowuje.
Jak to zwykle u szwedzkiego reżysera mamy nieco oderwaną od realiów, mocno bajkową historią z obowiązkowym wątkiem romantycznym. W takim kinie Hallstrom czuje się jak ryba w wodzie. Niestety w tym wypadku jednak niemal każdy element popłynął pod prąd. Historia z tak ciekawym, abstrakcyjnym pomysłem, jakim jest stworzenie łowiska łososi na pustyni w Jemenie, na której tle tworzy się miłość rozpadła się niemal w drobny mak. Zacznijmy może jednak od tego co dobre. Fantastycznie Hallstromowi udało się uchwycić absurdalność pracy speców od marketingu politycznego, ich dbałość o każdy szczegółów, działalność, która ogranicza się niekiedy do frazesowych oświadczeń i maniakalnego patrzenia na słupki popularności. Idealnie zostało to uchwycone w mocno, ale nie za mocno przerysowanym wątku rzeczniczki premiera Wielkiej Brytanii, którą wręcz brawurowo zagrała Kristin Scott Thomas. Niestety poza tym niewiele naprawdę trzyma się kupy. Film rozpada się na wstrząsającą ilość wątków, z których jedne wydają się kompletnie niewiarygodne (jak kryzys w małżeństwie bohatera granego przez Ewana McGregora, czy jego miłość do głównej bohaterki), inne zaś nie do końca wykorzystane (jak ten dotyczący działalności szejka zagranego wybornie przez Amra Wakeda). Hallstrom oczywiście stara się prowadzić fabułę sprawną ręką, jednak bez ciekawego scenariusza jego działania są zupełnie bezowocne. Wątek romantyczny jest nie tylko nieznośnie wręcz przewidywalny, ale też co najgorsze pozbawiony emocji. Zresztą cały „Połów szczęścia w Jemenie” jest ich pozbawiony, co jest tym bardziej zaskakujące mając w pamięci, jak dobrze szwedzki reżyser potrafił grać na emocjach widza. Tutaj jakby zatracił tę umiejętność, co skutkuje tym, że ogląda się bez bólu, ale też bez żadnego zaangażowania. Ładne obrazki i kilka znakomitych dialogów, a nawet rewelacyjne aktorstwo Emily Blunt a szczególnie McGregora nie są w stanie tego zmienić. Szkoda wielka, gdyż z tak dziwnej, idealnie wręcz dopasowanej do wrażliwości reżysera i scenarzysty Simona Beaufoya historii można było stworzyć o wiele więcej niż kilka przyzwoitych scen i jeden znakomicie poprowadzony wątek.
„Połów szczęścia w Jemenie” ma oczywiście swoje walory i bez wątpienia znajdzie grono zwolenników. Jednak nie wydaje mi się, żeby znalazł grono oddanych fanów, gdyż zapomina się o nim zaraz po wyjściu z kina. 6/10
Krótko i treściwie: warto pójść na znakomitych „Piratów” Petera Lorda. Anglicy po raz kolejni udowodnili, że animacja poklatkowa ma się dobrze i potrafi zostawić amerykańskiego konkurenta z Pixara daleko w tyle.
W filmie Lord śmieje się ze wszystkiego co Anglicy uważają za świętość: Wielkiej Brytanii jako kolebki cywilizowanego świata, mitu królowej Wiktorii czy jednej z najważniejszych postaci współczesnej nauki – Karola Darwina. Dodatkowo obśmiewa także współczesność celebrytów, przemysłu rozrywkowego (genialna parodia ceremonii wręczania nagród). Robi to wszystko w bardzo inteligenty, sprawny sposób. Nie wszystkie dowcipy są może szczególnie wysumblimowane, ale na pewno bardzo zabawne. Przy tym akcja toczy się w zawrotnym tempie i nie pozwala na nudę. Jednak największą zaletą filmu Petera Lorda są bohaterowie. Dzięki temu, mimo z gruntu narzuconej karykatury, film pozostaje wiarygodny i trzymający w napięciu. Szczególnie brawurowo wypada kreacja królowej Wiktorii przedstawionej jako pulchna miłośniczka wyrafinowanych dań, której najważniejszym celem życia, oczywiście poza jedzieniem, jest wybicie wszystkich piratów. Nietrafiony wydaje się jedynie dość mocno zajeżdżający smrodem dydaktycznym morał o przyjaźni i oddaniu, ale jednak wciąż pozostaje to film głównie dla dzieci, więc taki element zaistnieć musiał.
Pozytywna niespodzianka i być może całkiem mocny kandydat do Oskara dla najlepszej animacji. 8/10
Driss (Omar Sy) chce jedynie dostać papierek, który będzie go uprawniał do uzyskania zasiłku dla bezrobotnych. Kolejnym miejscem, gdzie ma nadzieje zdobyć podpis jest posiadłość znanego miłośnika sztuki, który szuka opiekuna po wypadku na parolotni. Tak poznają się bohaterowie znakomitych „Nietykalnych”.
Film, oparty na faktach, opowiada w gruncie rzeczy znaną i dość mocno ograną historię przyjaźni nieprawdopodobnej, zwalczającej stereotypy, międzyklasowej. Taka więź rodzi się właśnie między Drissem i Phillipem (Francois Cluzet). „Nietykalni” byliby jednym z wielu filmów o tej tematyce, gdyby nie chwilami naprawdę mistrzowski sposób podania. Nie mamy tutaj do czynienia z prostym filmem obyczajowym wyciskającym łzy, a komedią, w której poczucie humoru lata na bardzo różnych wysokościach. Być może niektóre dowcipy dotyczące niepełnosprawności Phillipe'a wywołają kontrowersje. Wydaje mi się jednak, że nie tylko nie schodzą poniżej pewnego poziomu, ale niemal zawsze trafiają w punkt. Humor udało się w "Nietykalnych" połączyć z ciepłą i momentami bardzo wzruszającą historią. Historią opowiedzianą przez Oliviera Nakache'a i Erica Toledano z idealnie odmierzoną dawką sentymentalizmu i realizmu. Dzięki temu wypośrodkowaniu udało się uzyskać efekt bajkowości opowieści, która jednak nie odrywa się nazbyt wysoko od ziemi. Film przez to nie jest jedynie kolejną przerysowaną, zupełnie niewiarygodną impresją na temat przyjaźni, a całkiem wiarygodnym studium. Nie byliby jednak, gdyby nie niesamowita para aktorów. Omar Sy za swoją rolę dostał zasłużonego Cezara. Jego Driss to lekceważący wszystko i wszystkich facet, który nie boi się niczego. Jednak przy Phillipie udaje mu się nauczyć wiele odpowiedzialności, której w dotychczasowym życiu bardzo mu brakowało. Sy idealnie punktuje tę przemianę. Z kolei jego partner Francois Cluzet daje absolutny popis umiejętności. Wydaje mi się, że jego kreacja była nawet lepsza od Sy. Cluzet w niesłychanie wysmakowany sposób pokazuje człowieka pozbawione właściwie szans na normalne życie, który jednak strzeże swojej godności, a jedyne o czym marzy to zaprzestania litowania się nad jego losem i odrobiny radości u boku kobiety. Kreacja wręcz oskarowa!
„Nietykalni” to film rzecz jasna nieco przewidywalny, ale przy tym po prostu absolutnie uroczy, świetnie zagrany i chwilami naprawdę przejmujący. Kolejny dowód, że tworzenia inteligentnego kina rozrywkowego mogliby się od Francuzów uczyć nawet Amerykanie. 8,5/10
Szkoda, że seria „Igrzysk śmierci” nie jest w Polsce jeszcze dobrze znana. Mam jednak nadzieję, że dzięki znakomitemu filmowi Gary'ego Rossa widzowie sięgną także po jeszcze lepszą powieść Suznanne Collins.
Po przeczytaniu pierwszej z powieści Collins mogę powiedzieć jedno – nie wyobrażam sobie chyba bardziej wiernej adaptacji, niż ta której dokonał Gary Ross. Co niezwykle pocieszające w przypadku filmu Rossa, za wiernością poszła też jakość. „Igrzyska śmierci” to idealny filmowy początek wiosny. Dlaczego tak go chwalę? Bo przy okazji z niesamowitym pietyzmem odtworzonej fabuły, udało się Rossowi też mocniej zagłębić w idee, które autorka starała się przekazać. Fantastycznie reżyser przedstawia wizję totalitarnego społeczeństwa, którym rządzi się strachem, ale i serwowaną w niewielkich ilościach nadzieją. Tak przynajmniej rządy sprawuje prezydent Snow, który w wybornej kreacji Donalda Sutherlanda staje się personifikacją całego systemu. Systemu, który nie będzie mógł istnieć bez mediów. One stały się bowiem miejscem przedstawienia teatralnego, którym są Igrzyska. Przedstawienia, dzięki któremu udaje się swobodnie manipulować społeczeństwem. W centrum tego staje Katniss Everdeen (Jennifer Lawrence), której działania mogą kiedyś stać się zarzewiem konfliktu. Jednak teraz ona sama musi walczyć o życie swoje i swoich bliskich, uznając jednak wszelkie zasady rządzące tym swoistym teatrum mundi. Ross idealnie je charakteryzuje – niekończące się zabiegi upiększające, parady, występy telewizyjne, w końcu sama batalia. Robi to przy tym w sposób niesamowicie efektownym. „Igrzyska śmierci” poza otoczka pozostają, więc także znakomitą rozrywką. Z niekłamaną przyjemnością patrzy się bowiem na sceny telewizyjnych programów Caesara Flickermana (fenomenalny Stanley Tucci), czy w końcu na długą, trzymającą w nieznośnym wręcz napięciu, sekwencję samych igrzysk. Ross, z któremu pomocą przy pisaniu scenariusza przyszła sama autorka, kreuje wydarzenia sprawną ręką, nie nadużywając niepotrzebnych zabiegów upiększających. Dzięki temu film jest kręcony subtelnie, wygląda bardzo realistycznie i ma bardzo dobrze dobraną muzykę. Jednak to co zachwyca, to obsada na czele z niesamowicie charyzmatyczną Jennifer Lawrence, która udowadnia po raz wtóry, że jej oskarowa nominacja nie była dziełem przypadku. Świetnie przy niej wypadają także inni członkowie aktorskiego składu – Josh Hutcherson jako walczący z Katniss na arenie Peeta, Elizabeth Banks w dziwacznej roli Effie czy w końcu kradnący show Woody Harrelson jako Haymitsch, mentor pary bohaterów. Brawa należą się Rossowi także za jeden mały szczegół, który zauważyć mogą tylko osoby znające książkę – w wielką wyobraźnia udało mu się dopisać to co Collins przez zastosowanie takiej, a nie innej narracji musiała pozostawić w niedopowiedzeniu.
Olbrzymie, pozytywne zaskoczenie! Wierna, w przy tym żyjąca na ekranie własnym życie adaptacja z wybitną rolą Jennifer Lawrence. 9/10
Jeśli wiosna dała Ci się we znaki i zdążyłeś już sobie trochę przydworować wypiciem piwa na łonie natury lub rowerowym rejsem po mieście, to gratulujemy. Teraz jednak czas na kulturowe odświeżenie się i załapanie nowego wiosennego vibe'a poprzez kino/muzykę/literaturę.
'This must be the place' proponuje Nam to wszystko za jednym razem. Film oferuje wizualną świeżość i rześkość, fabularną poetykę i muzykę na miarę najsłoneczniejszej wiosny. A na dodatek mamy Seana Penna, który dokonuje tutaj totalnie mistrzowskiej metamorfozy. Więcej pisać nie trzeba, po prostu palcie wroty do kina!
Bracia Grimm lata temu napisali "Królewnę Śnieżkę". Od tego czasu przeróżni reżyserzy starali się zaadaptować ją ekran. Jednym się udawało bardziej, innym mniej. Do tego pierwszego grona od dziś może zaliczać się Tarsem Singh. Jemu naprawdę wyszło świetnie!
Oczywiście najnowsza adaptacja, dodam nie ostatnia w tym roku, odbiega mocno od oryginału stworzonego przez słynnych braci. Śnieżka walczy tu szpadą, książę często prezentuje swoją muskulaturę, a krasnoludy okazują się swoistymi wyrzutkami społeczeństwa. To dość radykalne podejście do oryginalnego materiału bardzo posłużyło filmowi Singha, który udowodnił dodatkowo, że nie jest już tylko reżyserem od ładnych obrazków, jak to było chociażby w "Immortals". Oczywiście parokrotnie zdarzyło mu się zgubić tempo w opowiadaniu historii Śnieżki, niemniej szybko nadrabiał stracony czas pomysłowością i nowatorstwem rozwiązań (np. w rewelacyjnej scenie ataku na kryjówkę krasnoludów). Nie sposób do końca powiedzieć, czy w przypadku "Królewny Śnieżki" mamy do czynienia z filmem lekkim, czy wręcz przeciwnie mrocznym i intensywny. Singhowi udaje się łączyć w nim wiele konwencji, od wprost rozbrająjącej komedii, skończywszy na kinie fantasy. W ostatecznym rozrachunku jest to jednak po prostu znakomite kino familijne, które dostarcza nie tylko wizualnych (kostiumy na pewno powalczą o Oskara!), ale też fabularnych wrażeń. Olbrzymia w tym zasługa świetnie dobranej obsady. W roli Śnieżki dobrze sprawdza się prześliczna, delikatna Lilly Collins. W roli księcia przezabawny jest z kolei Armie Hammer. Jednak film kradnie absolutnie genialna Julia Roberts, której niemal każdy gest jest trafiony w punkt. W swojej kreacji idealnie łączy komediowość i przerysowanie swojej postaci z gorszą stroną jej osobowości - nienawiścią, samozachwytem. Roberts jest bez wątpienia filmu największą gwiazdą, ale drugi plan na czele z niezawodnym Nathanem Lane'em też pozostaje bez zarzutu.
Świeżo opowiedziany, przepiękny wizualnie film z świetną obsadą 8/10
1.Jeśli jako reżyser zrobiłeś zaledwie kilka filmów animowanych w swoim życiu, to Disney jest skłonny dać Ci 250 milionów dolarów na film oparty na książkach sprzed 100 lat, których nikt nie kojarzy.
2. Jeśli tytuł oryginalny książki brzmi ‘John Carter from Mars’ to jako reżyser wykasuj słowa ‘from Mars’, żeby nie sugerować tematyki science-fiction, co by zawężało krąg adresatów. A później pokaż 2 godzinny film, który dzieje się na Marsie.
3. Znajdź aktora podobnego do Emilie Hirscha (‘Into the Wild’) i oprzyj jego niezwykłość na umiejętności skakania na 100/1000 metrów wzwyż/w bok/w poprzek nie posiadając poza tym żadnej mocy, nie licząc pretensjonalnej postawy w stylu ‘jestem awanturnikiem, nikomu się nie porządkuje’
4. Ukradnij 90% motywów z Avatara ( łącznie z żartem wymawiania imienia głównego bohatera) i udawaj, że wszystko jest świeże i oryginalne.
5. Mark Strong potrafi zagrać postać ‘Ducha Świętego’
6. Jeśli bohaterowie mają rozmawiać to tylko w taki sposób, że jedna osoba patrzy w odwrotnym kierunku w przestrzeń albo pod nogi i na ostatnie zdanie odwraca się w kierunku rozmówcy, mówiąc właśnie coś niebywale mądrego (np. ‘wojna jest zła, ale czasami może być dobra’). ‘Moda na sukces’ mode on.
7. Przeznacz 100 dolarów z 250 milionów na licencje najbardziej ogranych motów muzycznych w formacie MIDI i nazwij to ścieżką dźwiękową
8. Dla zmylenia widza, że fabuła nie jest ułomnie kretyńska, wrzuć 10 nieistotnych wątków z postaciami, które posiadają po 3 nazwiska i twórz iluzję kompleksowości fabuły.
9. Wykastruj swoich bohaterów z charyzmy, ale sugeruj, że każdy jest wyrazisty i zajebisty.
10. Nakręć kolejny film w 3D, podczas, którego film ani razu nie zorientuje się, że film zawiera takowe efekty.
Ten film podobno ma otworzyć nową sagę Disney’a w kinie. W planach są kolejne 2-3 części. Jednak ich produkcja zależy od wyników finansowych części pierwszej. Przy budżecie ćwierć miliarda, potrzebnych jest przynajmniej 700-800 milionów zysku dla uzyskania zielonego światła dla sequela. Na szczęście, już wiemy, że film zawiódł w weekend otwarcia i zarobił DUŻO poniżej oczekiwań. Lubię Disney’a i dlatego lojalnie im życzę porażki z tym projektem, co by nie pakowali się w to dalej i nie tracili czasu i pieniędzy na dalsze części tego gniotu.
O czym jest film „Histeria – Romantyczna historia wibratora”? Po wyjściu z kina zadałem sobie to pytanie kilkakrotnie i do teraz mam problem z odpowiedzią. Jedyna, która mi się nasuwa, jest następująca: o niczym!
Nie jest to wszak na pewno film o wynalezieniu wibratora. Wątek ten w obrazie Tanyi Wexler wydaje się być zupełnie poboczny, wprowadzony na chybcika, zakończony tak szybko jak się rozpoczął. Więc może o czymś innym? Wexler chciałaby, żeby „Histeria” była filmem o ruchu feministycznym. Niestety przez totalnie karykaturalne i zupełnie nieprzekonujące przedstawienie problemu ten wątek także wypada na ekranie blado. I nie pomaga w jego uwiarygodnieniu irytująca, choć dobre zagrana przez Maggie Gyllenhaal, postać Charlotte. Nie jest to też film do końca o miłości. Wszak pierwszy z miłosnych wątków urywa się zanim zdążymy spostrzec, drugi zaś zostaje sztucznie narzucony w ostatniej sekwencji filmu. Czymże jest więc film Tanyi Wexler? Chyba najtrafniej będzie powiedzieć, że jest to bardzo lekka, krótkimi chwilami zabawna, ale dłuższymi nudna i przeciągana w nieskończoność historia pewnego człowieka, któr ystara się znaleźć swoje miejsce na ziemi. Tego człowieka z dużą werwą odgrywa Hugh Dancy. Jednak to Rupert Everett jest jedyną gwiazdą, która w „Histerii” błyszczy prawdziwym blaskiem. I tylko za jego rewelacyjną kreację film, właściwie pozbawiony reżyserskiego warsztatu i dobrego, śmiesznego scenariusza, dostaje 4,5/10
Horror jakiś czas temu przestał być gatunkiem interesującym. Twórcy zamiast wymyślać ciekawe fabuły postawili na epatowanie hektolitrami czerwonej farby, ludzkimi zwłokami. Zapomnieli też o tym, że warto postawić na nowe pomysły, co zaowocowało nagromadzeniem nikomu niepotrzebnych sequeli. „Kobieta w czerni” też nie grzeszy oryginalnością, ale jest przynajmniej zrobiona z angielską klasą.
Najnowszy film odradzającej się powoli wytwórni Hammer Films to dzieło niezbyt znanego dotychczas Jamesa Watkinsa. Jednak już po kilku pierwszych scenach widać, że potrafi on korzystać z danych mu możliwości. Na szczęście z typowych dla gatunku środków robi bardzo oszczędny i subtelny użytek. Zamiast więc krwi i trupów, w „Kobiecie w czerni” dostajemy świetnie opowiedzianą, bardzo interesującą historię. Watkins wie jakimi trickami warto by się posłużyć, aby w jego filmie nieźle straszyło. W tym celu znaleziono niesamowitą posiadłość, która naprawdę przyprawia o dreszcze. Totalnie ograny motyw nawiedzonego domu nabiera w filmie świeżości. Olbrzymia w tym zasługa świetnie serwowanej muzyki, znakomitych zdjęć i rewelacyjnie wystylizowanej scenografii. Dzięki temu udało się wygenerować napięcie, które utrzymuje się od początku do końca. Jednak zabrakło w nim jednego ważnego elementu, który być może zapewniłby mu po latach miano klasyka gatunku - solidnej postaci wiodącej. Daniel Radcliffe niestety poza rolą Harry'ego Pottera wciąż czuje się niepewnie, co widać w „Kobiecie w czerni” jak na dłoni. Reżyser postawił przed nim trudne zadanie stworzenia wielowymiarowej postaci nędznego prawnika, który samotnie wychowuje syna i wciąż nie może się otrząsnąć po stracie ukochanej żony. Niestety Radcliffe go nie udźwignął. Jego braki warsztatowe ujawniają się w szczególnie w zderzeniu z partnerującym mu w niemal każdej scenie wspaniałym Ciaranem Hindsem, który jest swego rodzaju głosem rozsądku opowieści. Drugi plan to z kolei popis Janet McTeer jako żony postaci granej przez Hindsa.
Świetny, na wskroś staroświecki, nie pozbawiony jednak ambicji horror, w którym zabrakło dobrze zagranego głównego bohatera. 7/10
Za „Sponsoring” co najwyżej dwóm osobom należą się, zresztą dość ironiczne, brawa. Pierwszą jest reżyserka Małgorzata Szumowska, której udało się stworzyć nowy gatunek filmowy – kino wydalnicze. Jej bohaterki, mówiąc kolokwialnie, sikają jak na potęgę i to w różnych konfiguracjach. Jedna dokonuje tego specyficznego aktu w ubikacji miejskiej, inna w hotelu, jeszcze inna w swoim mieszkaniu. „Sponsoring” dzięki temu staje się żywą reklamą różnego rodzaju wystrojów toalet. Poza Szumowską aplauz należy się także polskiemu dystrybutorowi, któremu udało się zareklamować film osobami Krystyny Jandy i Andrzeja Chyry. Osiągnięcie to niemałe, wszak pierwsza występuje w filmie w dwóch scenach prezentując głównie karkołomną wręcz garderobę. Chyra z kolei zasłynął jako jeden z pierwszych w historii kinematografii aktorów, który wsadza kobicie butelkę w odbyt. Poza tymi niewątpliwymi plusami nic, absolutnie nic w „Sponsoringu” nie gra. Zaskoczenie to tym większe, że miała do dyspozycji bardzo wysokiego kalibru współpracowników oraz potencjalnie mocny, nieograny jeszcze temat. Niestety Szumowska nie jest w stanie nawet liznąć tematu prostytucji wśród studentek. Również ukazanie kryzysu małżeńskiego nie powiodło się. Pozostaje wydalanie, wydalanie i jeszcze raz wydalanie. Dzięki filmowi Szumowskiej solidna jak zawsze Juliette Binoche może już dawać aktorskie lekcje sikania. Zresztą podobnie jak Joanna Kulig i Anais Demoustier. Niestety wiele więcej do zagrania aktorki nie miały, a chaotyczna, niepoukładana reżyseria Szumowskiej ani trochę im nie pomagała. „Sponsoring” to film przegadany, tematycznie niewiarygodny, idiotyczny, miernie nakręcony.
Jako szanujący się kinomaniacy zdecydowaliśmy, że warto byłoby jeszcze bardziej zainteresować naszych oddanych czytelników zawartością bloga, a przy okazji w dodatkowy sposób uhonorować najlepsze filmy mijającego roku.
Zastanawialiśmy się jak to zrobić i pomysł pojawił się dość szybko. Wynikiem jest pierwsza edycja nagród naszego bloga: GOLDEN EYE’ów. Tak oto wygląda statuetka!
Rozdajemy je w oderwaniu od wszelkiej oskarowej polityki. Nagrody, zatem idą w ręce tych naprawdę najlepszych, a nie tych, za którymi stoją największe pieniądze czy aktualne trendy. Postanowiliśmy wyróżnić najlepsze filmy, aktorów, reżyserów i scenarzystów, których filmy zaprezentowane zostały w polskich kinach w przedziale czasowym od jednych Oskarów do kolejnych. Zapraszamy!
wyróżnienia: "Moneyball", "Drive", "Dziewczyna z tatuażem", "Restless"
wyróżnienia: "Sala samobójców", "80 milionów"
wyróżnienia: Ryan Gosling ("Drive"), Jean Dujardin ("Artysta"), George Clooney ("Spadkobiercy"), Gary Oldman ("Szpieg")
wyróżnienia: Michelle Williams ("Mój tydzień z Marylin"), Meryl Streep ("Żelazna dama"), Rooney Mara ("Dziewczyna z tatuażem"), Roma Gąsiorowska ("Ki")
wyróżnienia: Brad Pitt ("Drzewo życia"), Kenneth Branagh ("Mój tydzień z Marylin"), Jonah Hill ("Moneyball"), Ryan Gosling ("Kocha, lubi, szanuję")
wyróżnienia:Nicolas Winding Refn ("Drive"), David Fincher ("Dziewczyna z tatuażem"), Terrence Malick ("Drzewo życia"), M. Hazanavicius ("Artysta")
wyróżnienia: John Logan ("Hugo i jego wynalazek"), Steven Zaillian ("Dziewczyna z tatuażem"), Lars von Trier ("Melancholia"), Jan Komasa ("Sala samobójców")
No i stało się. Na samym finiszu oskarowego wyścigu poznajemy filmowy numer jeden tego roku. Długo, Nam Polakom, było dane czekać na ten wielki moment. Polski dystrybutor starannie zadbał o to, by film mający światową premierę na przełomie listopada i grudnia, trafił do nas w połowie lutego( sic!). Przeszło 3 miesiące obsuwy? Dla polskiego dystrybutora nie ma rzeczy niemożliwych. Dystrybutor nie omieszkał też w ‘twórczy’ sposób pomajstrować przy tytule. I tak z jednowyrazowego tytułu oryginalnego ‘Hugo’, w Polsce otrzymujemy ‘Hugo i jego wynalazek’. Ale jeszcze większa niespodzianka czeka nas w kinie – w momencie, kiedy w czołówce pokazuje się tytuł oryginalny, plansza napisowa pokazuje następujące tłumaczenie ‘ Film Martina Scorsese. Hugo i jego wynalazek 3d’. To już zakrawa na poważną, lingwistyczno-translacyjną, schizofrenie. Osobiście będziemy trzymać się tytułu oryginalnego, i w ten właśnie sposób, najlepszym filmem tego roku ogłaszamy ‘Hugo’ Martina Scorsese.
Kiedy 2 lata temu przeczytaliśmy, że Martin Scorsese zaczyna pracę nad filmem familijnym w technologii 3d, to się złapaliśmy za głowę i zaczęliśmy czytać newsa od początku z nadzieją, że coś pomyliliśmy. Czy to możliwe, że ojciec chrzestny kina gangsterskiego zdecydował się na tak karkołomny pomysł? Informacja ta nie okazała się jednak plotką, prace ruszyły, miesiące mijały, a Scorsese pracował w tajemnicy nad filmem. Obsada już na starcie była podobnie nietypowa jak sam film. Żadnych poprzednich współpracowników reżysera – brak DiCaprio, brak DeNiro, brak Pesciego, brak Keitela, brak Day-Lewisa. W ich miejsce dwójka nikomu nieznanych szerzej dzieci, na drugim planie Sacha Baron Cohen ( tak, tak – Ali G, Borat, Bruno), Mahatma Gandhi ( Ben Kingsley), Sauron ( Chirstopher Lee), jakieś plotki o Johnnym Deppie. Scorsese robił casting na grzybach?
Kiedy wyszedł zwiastun filmu byliśmy jeszcze bardziej skołowani – był on nijaki, ani nie odrzucał, ani nie zachęcał – pełna ambiwalencja promocyjna. Ale kiedy posypały się recenzje wszystko zaczęło się układać w spójną całość. 94% na rottentomatoes, pełen zachwyt na całym świecie, Złoty Glob dla Scorsese, a na finisz 11 nominacji do Oscarów. Oczekiwanie trwało tygodniami, ale w końcu udało się pójść do kina…
…by wyjść z niego totalnie pokonanym przez ten film. Prosimy Was, nie oglądajcie zwiastunu, jest on do bólu mylący, przestrzelony, reklamujący zupełnie inny film niż ten, jaki oglądamy w kinie. To jeden z tych filmów, który już pierwszą sceną daje do zrozumienia, że jest czymś niepowtarzalnie unikatowym. Scena otwarcia pokazująca ogromny mechanizm zegara, przekształcający się płynnie w architektoniczny plan Paryża to dla jedna z najlepszych wizualnie scen, jakie kino kiedykolwiek miało do zaprezentowania. To, co następuje po tym jeszcze bardziej onieśmiela widza – sekwencja na paryskim dworcu zrobiona w pełnym trójwymiarze jest najlepszym adwokatem tej technologii, jaką widziało ludzkie oko. Widzieliśmy Avatara, Trona i kilka innych kluczowych dla tej technologii filmów, ale żaden z nich, nawet w połowie, nie wykorzystuje efektu 3d w sposób tak przemyślany i tak daleko rozumny. Wygląda na to, że technologia 3d powstała tylko po to, aby mógł kiedyś powstać taki film jak ‘Hugo’. Paradoksalnie, potrzeba było starego już wiekiem mistrza kina, by właśnie on pokazał całemu światu jak właściwie wykorzystać technologię ‘młodych’.
Dzięki efektom 3d czujemy jak byśmy byli razem z bohaterami na paryskim dworcu. A wychodzący z ekranu Sacha Baron Cohen będzie się Nam chyba śnił po nocach. Zresztą nie tylko z tego powodu. Najważniejsze jest to, że Baron Cohen prezentuje w "Hugo" swoją najdziwniejszą, najzabawniejsza i najpewniej najwybitniejszą aktorską kreację. Inspektor to bohater zupełnie nie z tej ziemi, a jego brytyjsko-francusko-nie wiadomo, jaki akcent, to mistrzostwo świata. Jednak Cohen poza popisem komediowym tworzy też postać odrzuconego, wewnętrznie smutnego człowieka. Podobnie jak genialny Ben Kingsley, na którego twarzy rysują się wszystkie nadzieje, troski i smutki jego bohatera - słynnego reżysera George'a Meliesa. To paradoksalnie o nim "Hugo" mówi najwięcej. Scorsese poprzez historię chłopca (w tej roli świetny Asa Butterfield) składa hołd z jednej strony całej X muzie, z drugiej samemu Meliesowi. Jest to nostalgiczna, pełna prawdziwych uczuć laudacja złożona wizjonerowi kina. Przez innego wizjonera kina.